Historia zaczęła się w chwili, w której zorientowałam się, że zgubiłam pieniądze na bilet powrotny do domu. Stojąc na przystanku na jednym z końców Warszawy, wysupływałam drobne z każdej możliwej kieszeni i zastanawiałam się, czy pojechać do bankomatu, poprosić kierowcę o bilet z odroczoną płatnością, czy może lepiej zapytać kogoś, kto stoi w pobliżu, czy da mi brakujące 4 złote.

Podeszłam do chłopaka, który stał kilka kroków dalej.

Cześć, mam taką sprawę, zgubiłam pieniądze na bilet, dołożysz mi 4 złote?

Chłopak powiedział, że jasne, wyciągnął z kieszeni kurtki portfel, dwie dwuzłotówki i zapytał, czy na pewno tyle mi wystarczy. Chwilę później odjechał autobusem w kierunku Międzylesia, a ja wsiadłam do busa.

 

Na ostatnim wolnym miejscu siedziała duża walizka. Obok niej, trzymając na kolanach dwie torby, drzemała kobieta. Zapytałam, czy mogę zestawić tę siedzącą walizkę na podłogę.

– Hm? Oh, yes, yes, I’m sorry – zabrzmiało w odpowiedzi, po czym zaczęła mocować się z walizką, jednocześnie próbując utrzymać na kolanach dwie pozostałe torby. Powiedziałam, żeby wygodnie siedziała, a ja z walizką poradzę sobie sama. Usiadłam, pani podziękowała mi przemiłym uśmiechem i przymknęła oczy. Nie minęła minuta, kiedy ciszę przerwało głośne miauuu! Pani z torbami na kolanach aż podskoczyła, chyba właśnie w tym momencie wydało się, że w torbie jest kot. Przez kratkę z boku torby zobaczyłam koci pyszczek, który najwyraźniej miał dość siedzenia w zamknięciu, bo zaczął żałosne zawodzenie: łę! łę! Pani starała się uspokajać kota, mówiąc do niego łagodnie i lekko poklepując torbę, a mnie przepraszała, że muszę tego słuchać. Powiedziałam, że kotu pewnie się nudzi i chciałby, żeby go wypuściła, że mam przyjaciół, którzy są kocimi miłośnikami, i że jeśli go wyjmie, to ani trochę nie będzie mi przeszkadzał.

 

Uszczęśliwiony Tiger przeciąga się na torbie, podchodzi mnie obwąchać, po czym kładzie się wygodnie i patrzy w okno. Po drodze Pani zachwyca się starymi domami z werandą, które stoją przy ulicy, i samolotem wojskowym podchodzącym do lądowania. Opowiada mi, że Tiger jest bardzo dzielny i spokojnie znosi podróż, bo lecą razem z Nowego Jorku, a właściwie najpierw jechali pociągiem z New Jersey do Nowego Jorku, potem lecieli z Nowego Jorku do Warszawy, a z Warszawy jadą do Łukowa. Tata pani Carmen był Niemcem, mama była Polką, a jej mąż pochodzi ze Szkocji. W Polsce zostaje do 4 maja, potem leci do Hiszpanii, świętować z mężem urodziny. Pyta, czy mam jakieś zwierzaki. Opowiadam jej o psach: Czarnuli, Baronie i Gapie. Powtarza słowo Gapa, nie wiedząc, co oznacza, szukam więc tłumaczenia w słowniku. Butterfingers. Śmieje się i delikatnie wygina przednie łapki kota, który właśnie obrócił się w moją stronę, na znak, że zrozumiała. Pyta też, jak mam na imię.

 Like prince Karol wife, I love her!

Dopiero w tym momencie zauważam, jej podobieństwo do Camilli Parker-Bowles.

 

Szykując się do wyjścia, życzę jej wspaniałego pobytu w Polsce, a ona dziękuje mi za rozmowę, za to, że byłam miła dla jej kota, bo sama jest total animal lover i myśli, że ja chyba też. Kiedy odwracam się do niej, stojąc w przejściu, podnosi Tigera i na pożegnanie macha mi jego łapką. Tiger żegna mnie po swojemu, donośnym i przeciągłym miauuuu!