O 8:20 zadowolona stoję na przystanku. Za 3 minuty powinien przyjechać autobus, cieszę się, że będę w biurze wcześniej. Kiedy na zegarku widzę 8:27, a autobusu wciąż nie ma, podchodzę do słupa z rozkładem jazdy. 8:17, 8:38. A gdzie 8:23? Przecież jeszcze niedawno był? Ten o 8:38 zawsze się spóźnia, nie ma mowy, żebym dotarła do pracy na 9. Trudno – mówię do siebie i wzruszam ramionami. Wciąż staram się praktykować nieprzejmowanie się rzeczami, na które nie mam wpływu.

 

Ulica z przystankiem końcowym już od kilku miesięcy jest rozkopana, do biura chodzę więc okrężną drogą. Do tej pory za największy plus tej sytuacji uważałam utrzymanie butów z dala od błotnistych kałuż na boisku.

 

Po drodze rzadko kogoś mijałam. Raz panią na spacerze z psem (gdzieś w okolicy mieszka Beethoven, nie jest to bernardyn), innym razem pana jadącego na rowerze. Dziś spotkam osobę we flanelowej koszuli(?) w granatowo-białą kratę. Po sposobie, w jaki idzie, domyślam się, że to starszy mężczyzna. Moje cztery kroki po chodniku, jego dwa po ulicy. Ręce trzyma z tyłu, patrzy przed siebie. Uśmiecham się do niego, może zauważy. Zauważył.

– Jak to miło, że się pani do mnie uśmiechnęła. Do starych ludzi, którzy w dodatku wyglądają tak jak ja, mało kto się uśmiecha.

 

Trzy kroki dalej tabliczka z nazwą ulicy: Zapomniana.

 

Kilka godzin później wracam tą samą drogą. Przede mną starsza pani z kundelkiem na smyczy. Jej twarz, z siateczką głębokich zmarszczek, jest łagodna, zdaje się, że nie da się jej niczym zaskoczyć. Zanim się miniemy, uśmiecham się do niej i mówię dzień dobry. Przystaje, odwraca się za mną, może szuka mnie w swojej pamięci. Nie ma szans, że mnie w niej znajdzie. Widzimy się pierwszy raz w życiu.

 

 

Na warszawskiej Sadybie trwa akcja Zjedz obiad z seniorem. Jeśli macie możliwość i ochotę, możecie zgłosić się do niej jako wolontariusze. Więcej informacji na stronie wawalove.