Przed bramą wyjazdową jednej z sąsiednich OSP spotykam pana Z., którego poznałam rok temu. Ja chowam się przed zimnem, kuląc ramiona w bluzie od nomexu, a zaciśnięte w pięści zmarznięte dłonie oplatam za długimi rękawami, on w rozpiętej kurtce i z szerokim uśmiechem pyta mnie zaczepnie:

– No nie! Zimno ci? Ale naprawdę aż tak?!

Kiwam głową, starając się panować nad drżeniem warg.

– Jeżdżę trochę po ludziach i zawsze jest coś nie tak. Zawsze. A to za zimno, a to za ciepło. Raz za sucho, innym razem za mokro, i te pretensje w głosie, bo przecież ile może padać, nie? A to przecież proste: będzie padać tyle, ile będzie padać – mówiąc to, przygląda mi się badawczo. Pod naciskiem jego spojrzenia prostuję plecy. Na znak aprobaty pan Z. mruży lewe oko i dwukrotnie kiwa głową. – Szukają ci ludzie poczucia sensu nie wiadomo gdzie, marzą nie wiadomo o czym, o jakimś raju, też nie wiadomo gdzie i kiedy, a kwiatem rosnącym na podwórku to im się trudno zachwycić. Nie wiem, czy kiedykolwiek będą się cieszyć, zawsze przecież myśli się o tym, co będzie, a nie o tym, co jest.

Nie mówię mu, że kiedy on mrużył oko i kiwał głową, ja myślałam o tym, żeby schować się przed zimnem do ciepłego samochodu.

– No, jak się tak postoi, to rzeczywiście zimno. Idę dalej. Ruszać się trzeba, ruszać, to na pewno będzie cieplej!

 

Dzień później opowiadam E. o panu Z., który twierdzi, że ludzie szukają poczucia sensu nie wiadomo gdzie.

E., jak z zawsze z rozbrajającą szczerością, odpowiada:

– Jak to nie wiadomo gdzie? W przyszłości.