W pociągu do Gdyni Głównej siedzieli przede mną czterej panowie w wieku 40+. Jeden z nich przez chwilę patrzył na bilet, a potem powiedział:
– Skoro o 10:25 mamy być na miejscu, to jeszcze przed 11 będziemy siedzieć w ogródku przy piwku.
Drugi pan dodał:
– I jeść rybkę.
Trzeci:
– Ja to bym zjadł rybkę, a potem z piwem poszedł popatrzeć na morze.
Czwarty:
– Nie mam nic do dodania.

 

Nawet nie starałam się ukryć uśmiechu, którego i tak nie zauważyli. Zamknęłam czytnik z myślą o tym, że po przyjeździe pójdę nad morze.

 

Powietrze pachniało słonym wiatrem. Przy wejściu na Skwer Kuracyjny pan w czarnej kurtce sprzedawał okulary przeciwsłoneczne, a grupa dzieci w seledynowych kamizelkach czekała na swoje porcje gofrów i rurek z kremem. W środku tygodnia przed sezonem i przed południem białe ławki na molo zapraszały wolnym miejscem wszystkich, którzy w tym czasie spacerowali po drewnianych deskach, i wszyscy mieliby swoją ławkę na wyłączność.

 

Za moimi plecami chmury ciągnęły się jak rozrywana wata cukrowa, przede mną – kłębiły jak dym z fabrycznego komina. Na brzegu kłóciły się mewy. Jedna zamaszyście trzepotała skrzydłami, skrzecząc donośnie i ze złością, zupełnie jakby krzyczała na tę drugą, która chwilę wcześniej złapała w locie kawałek rzuconego chleba. Siedziałam tak dłuższą chwilę zapatrzona i zamyślona, kiedy przy mojej stopie zatrzymał się chłopiec na drewnianym rowerze biegowym i zapytał, czy patrzę. Pewna tego, o co pyta, odpowiedziałam, że tak, patrzę, a on kiwnął głową, powiedział dobrze, jesteś, i odjechał. Jego pytanie i odpowiedź przypominały mi się przez kolejne cztery dni, i jeśli ktoś zapytałby, co robiłam w Sopocie, odpowiedziałabym, że byłam, patrzyłam i słuchałam.

 

Patrzyłam, jak na molo wiatr tłucze o maszt i dmie w biało-błękitną flagę łodzi, na której czarnymi literami wymalowano nazwę Alf. Patrzyłam, jak spacerują pary, znajomi, rodziny z dziećmi i bez dzieci, jak pracują ręce tych, którzy biegną, i jak wyglądają twarze tych, którzy patrzą na morze. Patrzyłam na fale i wypatrywałam widoczności budynków na Helu. Siedziałam na pomoście przy Zatoce Sztuki, spacerowałam po plaży i po deptaku, karmiłam nieustannie głodne mewy i łabędzie, piłam kawę i czytałam książkę, siedząc na piasku lub ławce na Placu Przyjaciół Sopotu, chodziłam pustymi, bocznymi uliczkami, których labirynt ostatecznie i tak prowadził mnie nad morze.

 

W piątkowy wieczór słuchałam, jak Sopot rozbrzmiewa dźwiękami telefonów komórkowych, głosami tłumaczącymi, gdzie i o której, głośnymi rozmowami, śmiechem, stukotem obcasów i brzdękiem szkła. W sobotę rano siedziałam na pustym i cichym molo, żeby przed 11 zobaczyć na nim tych, którzy być może zasypiali wtedy, kiedy budziło się słońce. Chłopak w szarych dresowych spodniach i niebieskiej kurtce z pomarańczową podszewką wymachiwał piwem trzymanym w lewej dłoni i opowiadał koledze, że wczoraj do tych spodni na pewno nie założyłby tej kurtki, ale dzisiaj to już chuj. Dziewczyna w miętowych trampkach rozmawiała przez telefon, wycierając łzy spływające po policzkach w połowie ukrytych pod dużymi okularami przeciwsłonecznymi. Kobieta w spodniach, które sama chciałabym mieć, obserwowała biegające w kółko dziecko. Trzech mężczyzn zaśmiewało się ze sprośnego dowcipu, po czym jeden z nich stwierdził, że do czterdziestki jest super, a po czterdziestce to już słuch nie ten, wzrok nie ten i dupa też nie ta. W rzędzie najdłuższych ławek, na kolanach opalającego nagi tors pana w średnim wieku, leżała kobieta o siwych włosach i wystukiwała bosymi stopami tylko sobie znany rytm.

 

O każdej porze wokół działo się życie, które zapamiętałam tak, jak je teraz opisuję. Dla tych chwil wyjeżdżam, wyjeżdżam po to, żeby je przeżyć, wrócić z nimi w głowie, a potem schować je do szuflady ze wspomnieniami i wyjmować wtedy, kiedy będę miała na to ochotę.