Norwegia od wielu lat kojarzy mi się głównie z jednym miastem. Z Bergen, nazywanym bramą do fiordów. Nie ma w tym skojarzeniu przypadku, po prostu tak już mam, że na mojej mapie świata jest wiele miejsc, które w myślach łączę z konkretnymi osobami. Gdyby wśród nowości wydawniczych pojawił się reportaż o Bergen, jestem pewna, że od razu chciałabym go przeczytać. W kwietniu, kiedy przeglądałam zapowiedzi Wydawnictwa Czarne, zwróciłam uwagę na „Hen. Na północy Norwegii”, bo przyciągnął mnie tytuł. W opisie z kolei znalazły się słowa: „Finnmark to kraniec. Nie ma znaczenia, skąd się patrzy, bo to nadal będzie albo daleko, albo hen daleko. Słowo »hen« w norweskim odnosi się do odległości, tyle że równie dobrze może znaczyć »po drugiej stronie globu«, jak i »tuż za rogiem«”. Wystarczyło nawiązanie do języka i byłam kupiona.

 

Język to zresztą coś, co jest największym atutem tej książki. Dzięki niemu można przenieść się na północ, gdzie wierzy się w morze, pracę i siebie, rytm codzienności wyznacza osiem pór roku, a najpiękniejszy komplement po saamsku brzmi en go’mann, który oznacza po prostu dobrego człowieka.

 

Jeśli ktoś kiedyś myślał o tym, że chciałby pisać jak jeden ze znanych pisarzy, ja czytając „Hen. Na północy Norwegii” pomyślałam, że chciałabym pisać jak Ilona Wiśniewska. Takie myśli pojawiały się w mojej głowie zwłaszcza wtedy, gdy czytałam zdania takie jak te:

 

„Finnmark to garstka ludzi, ryby i renifery, kamień na kamieniu, bezwzględne morze, zimne lato, surowa zima i wiatr, który mąci świadomość”.

„W Finnmarku po wojnie wszystkie budynki malowano na bardzo intensywne barwy, żeby ożywić ten kamienny krajobraz, przykryty zielenią raptem przez trzy miesiące w roku. Co prawda w letnim niezachodzącym słońcu mlecze wyrastają tu na metr, a koniczyna przypomina bardziej łopian, ale arktyczna zima nadal rozciąga się w nieskończoność i tylko przy bezchmurnym niebie bywa jaskrawozielona”.

„Nie wszyscy wychowani na północy chcą wyjechać. Tu mają wszystko, ryby, powietrze, moroszki. Gdzie indziej powietrze jest gęste, ryby pływają w mule, a cukru we wszystkim nadmiar. Zimno ogranicza zapotrzebowanie na bodźce, przedmioty i rozterki”.

 

Niby nic. Niezbyt długie zdania, proste słowa i forma bez przekombinowania, a jednak można poczuć się pochłoniętym przez rytm i literackie natężenie opisów, które sprawiają, że od czytania trudno się oderwać.

 

Mimo że każda z trzech części opowieści dotyczy czegoś innego, to wszystkie się ze sobą łączą i tworzą klimat Finnmarku. Pierwsza część jest o wspomnieniach, starości i zawiłościach rodzinnych, druga o historii Saamów, a trzecia o przyjaźni w coraz bardziej wyludniających się miastach na krańcu Norwegii. W każdym momencie głos mają jej bohaterowie, to oni opowiadają historie o sobie i o miejscach. Opisy przestrzeni i pogody fantastycznie te opowieści dopełniają.

 

„Przez sto kilometrów w środku lata spotka się tu trzy samochody, trzysta reniferów i jedną dziką owcę. Wtedy też wzdłuż szosy leży brudny śnieg, a krajobraz składa się głównie z szarych kamieni spowitych tumanami gęstej mgły, pędzącej z jednej doliny w drugą. Łatwo się tu poczuć jak zdobywca kosmosu, który nie dość że bezpiecznie wylądował, to od razu znalazł wodę. Niezachodzące słońce odbija się w małych jeziorkach, zatokach, fiordach i czym tam jeszcze, co pozostawił po sobie cofający się lodowiec. Żadne wołanie o pomoc nie zostanie tu usłyszane, nawet jeśli komuś przyszłoby do głowy krzyczeć”.

„Vardo nie potrzebuje współczucia. Przyjeżdżasz tu na własne ryzyko, a miasto wsysa, zostawia cię z sobą samym i żadne z was nawet nie może się upić, bo jest sobota, alkohol sprzedają do osiemnastej, a jest kwadrans po. Ole [orkan] przychodzi nad ranem. Można o nim napisać, że wieje bardzo mocno albo że nawet strasznie, że duje i dmie, i tak dalej. Ale on napierdala”.

 

W reportażach najbardziej nie lubię historycznej zawiłości opisanej za pomocą zbyt dużej liczby dat, od których kręci się w głowie, i dokładności, która raczej nudzi i usypia, niż sprawia, że ma się ochotę czytać dalej. Tutaj historia jest tak umiejętnie wpleciona w ramy opowieści, że nikt nie poczuje się przeładowany natłokiem informacji, za to zapamięta wszystko, co najważniejsze.

 

„Rdzenna ludność Północy według jednych źródeł przybyła z Azji, według innych – z północnej Hiszpanii. Szwedzi nazywali ich lapp, Norwegowie finn. To stąd Finnmark”.

„Po latach zależności od Danii i po podpisaniu długo wyczekiwanej własnej konstytucji w 1814 roku Norwegia początkowo wspierała odrębność kulturową Saamów. Romantyzm europejski doceniał różnorodność etniczną, jednak w połowie XIX wieku idea socjaldarwinizmu uznała rdzennych za gorszy gatunek i podkategorię ludzi. (…) W Norwegii efektem zmiany nastawienia do rdzennych było powołanie funduszu rządowego do krzewienia języka norweskiego oraz wychowywania w duchu bezwzględnego chrześcijaństwa. Tym samym na Północy zaczęła się norwegizacja”.

„Oficjalna instrukcja wydana w Tromso w 1880 roku stwierdzała, że saamskie dzieci mają obowiązek umieć liczyć, czytać i pisać po norwesku, przy czym tylko te, które spełniały te kryteria, mogły zostać konfirmowane, czyli zaakceptowane społecznie”.

„Według mocno zakorzenionego przez wieki w skandynawskiej mentalności mniemania cywilizacja kończyła się zaraz za kręgiem polarnym, a dalej mieszkali już tylko nordlendinger – północni. Niby Norwegowie, ale mówiący innym dialektem, prostolinijni, a przez to prymitywni. Ten podział zachował się w wielu sferach życia do dziś, mimo że w Norwegii żyje niespełna pięć milionów ludzi, a kraj słynie z manifestowania swojej jedności i poszanowania praw człowieka”.

 

Jest jeszcze coś, co szalenie mi się w tej książce podoba – krótkie wtrącenia o języku. Na koniec zostawiłam kilka ciekawostek, które najbardziej mnie zainteresowały.

 

„W języku saamskim jest osiem pór roku. Przedwiośnia i podjesienie mają tu swoje pełnoprawne nazwy, jak zaklęcia wyszeptywane przez noaidich w krwawiące rany. Giddadalvi – przedwiośnie, gidda – wiosna, giddageassi – wczesne lato, geassi – lato, cakcageassi – podjesień, cakca – jesień, skabma (albo w innej wersji cakcadalvi) – przedzima, noc polarna, dalvi – zima”.

„Zima po norwesku ma gramatyczny rodzaj męski”.

„Północny klnie tak, że nawet bez zbitki głosek jest w stanie powiedzieć komuś wszystko o jego matce, a bycie hestkuk, czyli końskim kutasem, można tutaj odebrać albo jako obelgę, albo komplement – wszystko zależy od kontekstu lub intonacji. Północny od małego ma w głowie zdanie Det ordner seg, czyli ułoży się”.

 

Od teraz Norwegia nie będzie mi się kojarzyła wyłącznie z Bergen. Teraz już wiem, że na jej krańcu mieszkają ludzie pogodzeni z mijającym czasem i losem wyobcowanych samotników, którzy spotykają się w Bakeriet – kawiarni zwanej piekarnią, by napić się mocnej kawy.

Jeśli lubicie melancholijny klimat i kameralną atmosferę – bardzo polecam.