Było sobotnie popołudnie, kiedy przechodziłam przez ich podwórko, a ona – w białej zwiewnej spódnicy i białej bluzce, z wężem ogrodowym w ręku – zagaiła rozmowę. Zaczęła od zepsutej kosiarki, opowiedziała o małym bocianie wypchniętym z gniazda, a potem, mrużąc jedno oko i przyglądając się badawczo mojej reakcji, zapytała, jak się tu czuję i odnajduję, będąc miejskim zwierzęciem.

Wiedziałam, że bycie miejskim zwierzęciem to nie jej określenie i chyba dlatego zachciało mi się śmiać. Pewnie bym to zrobiła, gdyby nie jej zmrużone oko i oczekiwanie na odpowiedź.

– Normalnie – odpowiedziałam, nie mając pomysłu, co mogłabym jeszcze na ten temat dodać.

– Tak? – upewniła się, nie przestając mrużyć oka.

– Tak. Poza tym nie przesadzałabym z tą miejskością. Nie myślę o sobie, że jestem z miasta, zresztą w ogóle nie czuję, żeby jakieś miejsce mogło mnie w jakikolwiek sposób określać.

W myślach dodałam, że mogłabym być skądkolwiek, zewsząd, co to ma zresztą za znaczenie.

– Ale dobrze się tu czujesz?

– Dobrze – chyba w tym momencie pomyślałam, że skoro tak dopytuje, to rozwinę swoją odpowiedź. – Mam tu to, czego nie miałabym w mieście, a w mieście miałabym to, czego nie mam tutaj. Jeśli pytasz o to, czy czegoś mi tu brakuje, to tak, brakuje mi spontaniczności i poczucia, że za 5 minut mogę mieć autobus lub tramwaj, spotkać się na kawę z kimś, z kim chcę się spotkać, pójść do kina, teatru albo na wydarzenie, które zobaczyłam godzinę wcześniej na Facebooku, a jeśli nie zdążę na autobus za 5 minut, to za kolejne 5 albo 10 przyjedzie następny. Stąd muszę się po prostu wybrać, a najpierw to wybranie się zaplanować. Czasami jest to irytujące, dobrze mieć zaplanowane coś jeszcze, nie tylko spotkanie, które potrwa dwie godziny, skoro sama podróż w jedną stronę zajmie półtorej. Po prostu jest tutaj inaczej niż w mieście, nie wiem czy lepiej, czy gorzej, inaczej. Mnie pasuje. A jak nie pasuje i czuję, że jestem przytłoczona, to mogę pojechać do Warszawy i zostać na trochę, pójść tu i tam i zapomnieć o czymś takim jak ostatni bus czy pociąg do domu.

 

Później rozmawialiśmy z Adamem o tym pytaniu. Zapytał, czy pamiętam, jak była zniesmaczona tym, że ktokolwiek wyraził zgodę na wybudowanie tego paskudnego budynku* za domem na działce naszych sąsiadów, skoro ten paskudny budek zasłania sąsiadom widok na las, a takim widokiem powinno się rozkoszować, chłonąć go i podziwiać. Pamiętałam.

– Wiesz, jaka jest różnica między nią a tobą?

– Jaka?

– Taka, że ty tu mieszkasz, a w Warszawie bywasz. Ona mieszka w Warszawie, a tutaj bywa w weekendy. Traktuje to miejsce jak odskocznię, miejsce do odpoczynku. A to jest miejsce jak każde inne, tu się po prostu żyje i pracuje. Jak wszędzie.

 

*warsztat samochodowy